Aktualności

  • BLOG
  • Mój pierwszy rejs
  • Płyń z nami - cz.1
  • Przypiąć żagle rakowi - cz.2
  • Giżycko - stolica polskiego żeglarstwa
  • Mariny przyjazne żeglarzom
Mój pierwszy rejs (Świnoujście – Sassnitz – Świnoujście), czyli jak to się zaczęło. Pierwszy raz na temat onko-sailingu natrafiłam w internecie w 2016 r, byłam wtedy dwa lata po zakończeniu leczenia chemio- i radioterapii. Był to dla mnie okres bardzo trudny. Niby byłam już zdrowa, bo nastąpiła całkowita remisja, ale nie do końca czułam się dobrze. Ciągłe zmęczenie bardzo utrudniało mi codzienne funkcjonowanie nie wspominając już o podjęciu pracy. Powrót do normalności okazał się dla mnie trudniejszy niż cały okres choroby i leczenia. Ale wracając do tematu onko-sailingu to co jakiś czas przewijał się przez eter, raz w telewizji, raz w internecie. Wchodziłam na bloga czytałam o rejsach, oglądałam zdjęcia z wypraw. Czasami nachodził mnie nawet pomysł, żeby dołączyć do grupy . Ale gdzie jaaaa? No przecież ja sobie nie dam rady, nie nadaję się, nigdy nie byłam na „łódce” a co dopiero pływać taką „łódką” po morzu . Wtedy nie miałam jeszcze na tyle odwagi, żeby spróbować czegoś nowego. I nawet nie przypuszczałam, że wkrótce to się zmieni. Na początku 2017r nawiązałam kontakt z dawnym znajomym, który jak się okazało przyłączył się do grupy i pływał. Nie musiał mnie długo namawiać. Wykonałam telefon do Halinki, jednej z założycielek onko-sailingu, opowiedziałam kilka słów o sobie. Po krótkiej rozmowie Halinka zaproponowała mi rejs, do dziś pamiętam te słowa „spróbuj, zobaczysz czy Ci się spodoba”. Tak więc bez chwili zastanowienia się zgodziłam, a tak naprawdę nawet nie wiedziałam czy mam chorobę morską czy nie . I tak to się zaczęło.   Całą załogę poznałam w Świnoujściu skąd wyruszyliśmy w kierunku Nowego Warpna. Moje pierwsze wrażenie jak weszłam na jacht??? O matko jak tu mało miejsca, nie wspominając o toalecie która miała zaledwie 1,5 na 1,5 (może nawet mniej). Potem jak byliśmy już na morzu zrozumiałam po co są te ciasne toalety  stwierdziłam nawet, że im mniejsza tym lepsza.  Droga zleciała bardzo szybko. Jako, że nie znałam terminologii żeglarskiej nie miałam pojęcia o czym Oni mówią. Te „zwroty przez sztag”, „lewy/prawy foka szot wybieraj” co to w ogóle jest, jakaś czarna magia. Na miejsce dotarliśmy o zachodzie słońca, a zachody są tam bardzo piękne.   Na drugi dzień mieliśmy okazję zwiedzić Nowe Warpno czyli „malowniczy koniec Polski. To niewielkie miasteczko jest jednym z najstarszych miast Pomorza Zachodniego. Bardzo urokliwe miejsce ale też jakby trochę poza czasem, żyje własnym życiem w otoczeniu wody i pięknej zieleni Puszczy Wkrzańskiej.             Kolejnym naszym przystankiem było Ukermunde (Wkryujście) położone po niemieckiej stronie Zalewu Szczecińskiego, oczywiście nie obyło się bez dodatkowych atrakcji  (i tu dodam, że to nie jedyna niespodzianka tego rejsu). Po drodze mieliśmy małą awarię, pękło ucho na wózku szotów grota co przy dosyć silnym wietrze stanowiło nie mały problem. Ale dzięki doświadczeniu i szybkiej reakcji kapitana sytuacja została opanowana, bezpiecznie wpłynęliśmy do mariny. Po krótkim odpoczynku wybraliśmy się na spacer, a było co zwiedzać. Typowo niemiecki klimat zachwycał brukowanymi uliczkami i szachulcowymi kamieniczkami. Po całym dniu przyszedł czas na wspólną kolację na jachcie z muzyką i szantami w tle.   Kolejny  dzień po śniadaniu i przygotowaniu jachtu ruszyliśmy w drogę. Pogoda dopisywała a widoki były piękne. Mieliśmy okazje podziwiać pozostałości po nieczynnym moście kolejowym łączącym wyspę Uznam ze stałym lądem. Powoli dopływaliśmy do kolejnej miejscowości, niemieckiego Wolgast.   Nikt się nie spodziewał, że czeka na nas kolejna „niespodzianka”. Do zacumowania został tylko krok, a tu nagle jacht stanął w miejscu. Musieliśmy dojść do kei na żaglach. Niemiecki mechanik zadecydował, że nie da się naprawić usterki i trzeba  odholować nas do stacji remontowej. Ze względu na to, że nie można było ustalić przyczyny awarii jacht został wyciągnięty z wody przy użyciu specjalnego dźwigu.  No i wszystko jasne, okazało się że odpadła nam śruba i trzeba wstawić nową. Dzięki szybkiej reakcji właściciela jachtu Macabeo awaria została usunięta w ciągu doby. A do tego czasu ”żeglowaliśmy w chmurach”. Chcąc nie chcąc mieliśmy czas na zwiedzanie i relaks.   Po zwodowaniu łódki ruszyliśmy w drogę. W Peenemunde zrobiliśmy sobie przystanek na zwiedzanie muzeum Historyczno-Technicznego po dawnym największym centrum zbrojeniowym Europy. Jak się okazało muzeum było już zamknięte, ale udało nam się wejść chociaż na plac. Po krótkiej przerwie wypłynęliśmy na Bałtyk i obraliśmy kurs na Sassnitz. Droga była dosyć ciężka, musieliśmy uważać na mielizny i sieci rybackie. Do tego zaczynało coraz mocniej wiać, szliśmy w dużym przechyle z prędkością 9 węzłów. Na miejsce dotarliśmy o północy. O dziwo nie dopadła mnie choroba morska co mnie bardzo ucieszyło.  Rano pogoda się poprawiła.  Sassnitz to przepiękne miasto kurortowe położone na wschodnim brzegu wyspy Rugia i północnym krańcu Parku Narodowego Jasmund, które powstało z wioski rybackiej. Obecnie zachwyca okazałymi pensjonatami oraz kredowymi klifami. Klify zbudowane z kredy i lekkiej wapiennej skały osadowej stale ulegają procesowi erozji. Ciągłe podmywanie przez fale powoduje, że drzewa osuwają się na plażę. Co ciekawe dzięki tym procesom, na plaży można znaleźć charakterystyczne kamienie „z dziurką”. Podobną przynoszą szczęście.    Chciało by się zostać dłużej jednak ze względu na ograniczenia czasowe musieliśmy wracać. Ale to nie koniec atrakcji. Po drodze dopływamy do niezwykłej wysepki - Greifswalder Oie. Wyspa jest obecnie ścisłym rezerwatem przyrody przez co jest niedostępna dla turystów. Nam jednak udało się uzyskać pozwolenie na zwiedzanie.    Na wyspie występują liczne gatunki roślin i zwierząt, także te objęte ochroną. Jest ona także obszarem lęgowym kormoranów, mew a także innych ptaków wodno-błotnych. Po godzinnym spacerze nadszedł czas powrotu do Świnoujścia.  W czasie tygodniowego rejsu udało nam się zwiedzić 6 miejscowości. To był wspaniały czas, poznałam cudownych ludzi i jestem wdzięczna, że dałam się namówić na tą przygodę. Monika Każmierczak 
- Będąc chorym na raka można z Tobą płynąc? - Nie tylko ze mną ale z nami :) - Nami? Napisz więcej! - W ubiegłym roku pierwszy raz mogłam popłynąć z kobietami takimi jak ja - chorymi na raka . Poznałam kolejne wspaniałe osoby, a rejs był wyjątkowy. Trudny i pełen przygód. Byłam pod wielkim wrażeniem tego rejsu, chociaż ja już pływam od 5 lat. Na 9 kobiet w załodze - 5 było pierwszy raz na żaglówce na Bałtyku. Rejs był z Kołobrzegu na wyspę Gotlandia. Był sztorm, awaria silnika i steru - dałyśmy radę! Myślałam, że znalazłam swoje miejsce w życiu jakie mam prowadzić dalej ... hmmm Niestety tegoroczny drugi rejs na wspaniałym Żaglowcu jakim jest Zawisza Czarny został ogłoszony tylko dla nowych załogantów. Ci co płynęli w ubiegłym roku nie mogli ponownie popłynąć. Dziewczyny bardzo żałowały, a ja ... ja nie poddałam się rakowi przez 14 lat to dlaczego teraz mam sie poddać. I wtedy 2 lutego powstał ONKO-Sailing czyli żeglowanie onkologiczne. Poszukaliśmy wsparcia - we trzy: Agnieszka Gościniewicz, Halina Nadolska i Małgorzata Dogoda 2 lutego 2016 roku podpisałyśmy porozumienie pomiędzy Grupą Żeglarską : "ONKOSAILING" a Sekcją Żeglarstwa Morskiego Regionalnego Towarzystwa Wioślarskiego LOTTO-Bydgostia w Bydgoszczy . Żeglarze z tej Sekcji (która istnieje już 50 lat) przyjęli nas pod swoja pieczę. Chcą nas wspierać , pomagać w organizowaniu rejsów i pływać z nami na jachcie należącym do klubu s/y Solanus. Takie stałe wsparcie żeglarzy z 40-letnią praktyką dla nas to wielka sprawa. Co mnie samej daje pływanie. To proste . Daje mi wiarę w ludzi, bo płynąc z grupa trzeba im ufać. Na środku morza nie można się obrazić i trzasnąć drzwiami- wyjść- nie ma gdzie wyjść :) Człowiek się uczy pokory, respektu i wytrwałości. Szum wody działa bardzo uspokajająco. Natomiast walka z falami podczas sztormu to walka z dolegliwościami podczas choroby. Tu i tu trzeba wiary i siły. Tą silę można w sobie odnaleźć i jeszcze podzielić się nią z innymi. Jak wchodzę na łódkę i wypływam problemy które mam na co dzień zostają na lądzie - nie płyną ze mną. Tam jestem ja i Neptun. Dziewczyny z którymi popłynęłam w pierwszym rejsie onkologicznym czuja podobnie. Jest nas takich coraz więcej i już nie tylko kobiety ale i mężczyźni też. Onko-Sailing powstał ponieważ jest wiele osób co widzą żeglujących w programach tv, słyszą w opowiadaniach znajomych, chcieliby sami ale nie bardzo maja fundusze na drogie rejsy sprzedawane przez armatorów i jeszcze brakuje odwagi. Niektórzy spróbowali i czuja że to właśnie jest piękne , popłynęli raz - co dalej... Jak i z kim? Tu jesteśmy my Onko-Sailing :) Chcemy żeglować, chcemy pływać i chcemy aktywizować innych pacjentów onkologicznych do wszelkich aktywności związanych z wodą. Bo oprócz żeglowania morskiego, można też żeglować po jeziorach, po Mazurach, pływać na kajakach, łodziach motorowych, skuterach…. Jest wiele możliwości związanych z pływaniem i żeglowaniem i każdy miłośnik sportów wodnych jest przez nas mile widziany. A jeżeli ktoś z Was jeszcze nie próbował żeglować, a myśli o tym, żeby spróbować przygody z wodą, to też serdecznie zapraszamy. Chcemy organizować weekendowe wypady na żagle, chcemy organizować szkolenia żeglarskie, chcemy zrzeszać ludzi kochających żeglarstwo i kochających wodę. Tych co chcieliby dołączyć do nas i spróbować jak wygląda życie z pasja żeglowania zapraszam na nasza stronę: www.onko-sailing.pl lub napisać do nas na adres  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Jesteśmy także na Facebooku. Zapraszamy :) https://www.facebook.com/ONKO-SAILING Żeglowanie stało się moją pasją. Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że pewnie mój rak lubi pływać :) Tak też pomyślałam i przypięłam temu mojemu rakowi żagle :)  A dlaczego - bo kocham to, co robię i robię to, co kocham :) Halina Nadolska - Hana
Babcia, która przypięła żagle rakowi :) Żyłam sobie jak wiele innych osób . Mając 47 lat zostałam babcią :)  "Chwilę" potem ( tego samego roku) usłyszałam diagnozę - RAK. Pamiętam jak usłyszałam diagnozę, to sufit w gabinecie obniżył mi się do połowy ściany a ja nie mogłam wstać z krzesła, ale nie płakałam. Zawirowało moje życie. Na wszystkie badania chodziłam sama; rodzina nic nie wiedziała. Trudno mi było wrócić do domu po usłyszeniu diagnozy. Pojechałam sama autem, ręce mi się trzęsły, nie mogłam znaleźć kluczyków. Wtedy się rozpłakałam. Był wieczór i na parkingu niewiele było widać. W końcu pomyślałam że trzeba wrócić do domu. Jakoś dojechałam sama; w domu też byłam sama; nie wiedziałam co mam robić... Zadzwoniłam do kolegi który jest lekarzem poprosiłam o kilka minut rozmowy na zasadzie konsultacji. Przyjął mnie w przeciągu godziny. Wtedy dowiedziałam się że RAK TO NIE WYROK ŚMIERCI ; TO CHOROBA KTÓRĄ LECZY SIĘ DŁUGO I SIĘ ŻYJE. Chemioterapia, mastektomia, radioterapia i jeszcze chemioterapia - w sumie 9 miesięcy . Przetrwałam choć nie było łatwo . Miał byc już spokój , miałam wrócić do pracy , odpoczęłam iiiiiii okazało sie ze jest przerzut. Wtedy juz byłam silniejsza i nawet powiedziałam - powtórka z rozrywki :) Kolejna chemioterapia wyniszczyła organizm , ale nie miałam zamiaru się poddać. Dostałam inną chemię – Newalbine. Mała buteleczka szybko zleciała potem glukoza i jeszcze jakaś dodatkowa chemia – nie pamiętam już jaka. Jeździłam do Łodzi co tydzień. To było bardzo uciążliwe – zwłaszcza ze po Newalbinie szwankowały żyły, stawy – wszystko bolało, trudno było chodzić. Ale na kolejnym USG czarne plamki zaczęły się zmniejszać – to mnie trzymało, że warto. Wtedy też moja pani lekarz dostała zgodę (notabene dopiero za 5 podejściem – bo 4 odpowiedzi były na... nie – nie rokowałam wyzdrowienia) na podanie mi Herceptyny . Kiedy zakończono podawanie Newalbiny i zostałam tylko przy Herceptynie (a dostawałam ją co tydzień) zaczęłam wierzyć, że może mi się uda. Bardzo dużo mi pomagała muzyka – kiedy było mi źle, wszystko bolało, zwijałam się w kłębek i słuchałam muzyki. Wtedy marzyłam, w marzeniach pływałam, żeglowałam, chodziłam po pięknych ogrodach To był mój azyl – nie miałam pojęcia wtedy że te marzenia się spełnią :))))) To trwało do momentu jak zakończono podawanie mi innych chemii i została jedynie Herceptyna. Złapałam „oddech" i pomyślałam wtedy spoglądając w lustro: Długo to trwało ale dostałam nowa szansę i nie mogę jej zmarnować. Wyglądałam tragicznie – po sterydach pozostało sporo kilogramów. Wtedy podjęłam druga ważna decyzje w swoim życiu. Jeśli mam szansę to w takim razie w tej kolejce co to kiedyś był dom, dzieci, praca, mąż i na końcu dopiero ja trzeba zmienić kolejność. I przestawiłam ją. Ja byłam na początku kolejki !!!!! Poszłam do fryzjera, zastosowałam pod okiem lekarki swojej odchudzanie, zmieniłam styl ubierania się, nauczyłam się obsługi komputera i wyszłam przez małe okienko jakim jest internet na ŚWIAT. Zaczęłam rozmawiać z ludźmi poznanymi w necie i potem spotykać się z nimi. Długo by opisywać jak to się stało ale to właśnie Ci ludzie dali mi drugą szansę, nadzieję i pokazali jaki Świat jest piękny. Pierwszy aparat kupiłam sobie na raty – pierwsze zdjęcia były słabe ale chciałam coś więcej, nauczyłam się robić pokazy slajdowe ze zdjęć, to jednak było mało, dokładałam muzykę – nawet mówiłam że ja maluję muzykę zdjęciami - Uczyłam się dalej (sama bez żadnych kursów)– za zdjęciami poszły ujęcia filmowe i dziś moje filmy są chyba nie najgorsze jeśli na Youtube mam ponad 8 milionów wejść. https://www.youtube.com/user/hana55100 Przyjaciele poznani w necie zaprosili mnie na łódkę – zaczęłam pływać – żeglować. Zaczęłam podróżować – bo jeśli ktoś mnie zapraszał to ja chętnie jechałam i robiłam zdjęcia i filmy. Takim sposobem zaczęłam też oglądać piękne ogrody – te, o których kiedyś tylko marzyłam. Jednocześnie cały czas przyjmuje chemię (Herceptyne)– teraz już co 3 tygodnie. W tym roku skończyłam 61 lat.      
 Międzynarodowe Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej   Wielkie Jeziora Mazurskie to jeden z najatrakcyjniejszych krajobrazowo regionów Polski. Przyroda ukazuje tu bogactwo w pełnej krasie; czysta woda i powietrze zachęcają do spędzenia każdej wolnej chwili. Centrum krainy stanowi powiat giżycki z ponad 110 jezioram, a centrum szlaku wodnego znajduje się w Giżycku. Tu znajduje się też jeden z najstarszych i najwiekszych ośrodków sportów wodnych na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich -  - Międzynarodowe Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej. Centrum działa nieprzerwanie od 1956 roku.           Ośrodek Położony jest w lesie, nad malowniczym jeziorem Kisajno (I klasa czystości), tylko 1,5 km od centrum Giżycka. Posiada doskonale osłonięty port jachtowy, wypożyczalnię jachtów, kajaków i łodzi, rozbudowaną bazę noclegową, korty tenisowe, boiska. Można wyczarterować tu jachty różnych typów: Sasanka 620, Tango 730, Tango 780, DZ, Omega, Nash czy Venus. W bezpośrednim sąsiedztwie ośrodka znajdują się liczne rezerwaty przyrody. Międzynarodowe Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej jest  największym organizatorem regat żeglarskich na Mazurach m.in.: Międzynarodowych Mistrzostw Polski Żeglarzy Niepełnosprawnych, Mistrzostw Polski DZ, Mistrzostw Polski Katamaranów.  Organizowane są tu regaty i imprezy integracyjne dla firm i organizacji społecznych, obozy, rejsy wędrowne i  kursy żeglarskie pozwalające na zdobycie stopnia żeglarza jachtowego. W Centrum ma swoją siedzibę Polski Związek Żeglarzy Niepełnosprawnych, który jest współorganizatorem imprez dla żeglarzy niepełnosprawnych. Od kilku lat Centrum jest wpisane do rejestru ośrodków uprawnionych do przyjmowania grup turnusowych osóbniepelnosprawnych. Baza noclegowa i cała infrastruktura ośrodka została przystosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych. "I ja tam z goścmi byłem, miód i wino piłem, A com widział, w księgi umieściłem..." Tak, tak.........., miałam ogromną przyjemność wziąć udział w kursie żeglarskim w Międzynarowym Centrum Żeglarswta i Turystyki Wodnej w Giżycku, przez 2 sierpniowe tygodnie łączyć intensywną naukę żeglowania z przyjemnością przebywania na łonie przyrody, w słońcu czy w deszczu stać za sterem Sasanki 620, nie mylić foka i grota, do znudzenia wykonaywać zwroty, by w końcu bezbłędnie wykonać manewr "człowiek za burdą". Wszystko to miało miejsce w otoczeniu przepięknej przyrody, wspaniałych instruktorów, cudownych współuczestników.  Żegluję od czasów szkoły średniej, mam za sobą rejsy po jeziorach i zalewach, również rejsy morskie, jednak dopiero tutaj, ponad 20 lat od rozpoczęcia mojej przygody z żeglarstwem, w Giżycku, stałam się pełnoprawnym żeglarzem z patentem żeglarza jachtowego. Serdecznie dziękuję tym wszystkim, dzięki którym było to możliwe: organizatorom turnusu, instruktorom, grupie Onko-Sailing i wreszcie PFRON, który w 100% opłacił mój pobyt na turnusie żeglarskim dla osób niepełnosprawnych. Nie patent żeglarza był jednak najważniejszy, lecz wiara w to, że pomimo przeszkód możemy osiągnąć bardzo wiele jeśli nie wszystko.      Aleksandra Wisniewska 
Marina de Albufeira Portugalia, Algarve Ponad 10 lat temu wybraliśmy się do Portugalii. Tym razem miał być to wyjazd czysto służbowy, ale na szczęście wszystko poszło nie tak. Ponieważ nie udało się nam spotkać z potencjalnymi partnerami biznesowymi, postanowiliśmy zwiedzić Portugalię.   Bez rezerwacji hotelowych, bez wcześniejszego planowania, bez GPS’a mając jedynie do dyspozycji wypożyczony dwuosobowy malutki samochodzik, objechaliśmy całe wybrzeże Portugalii. Urzekł nas ten kraj swoim nieskazitelnym pięknem i spokojem. Ludzie, których przypadkowo spotykaliśmy zawsze byli mili dla nas. Nigdy nie usłyszeliśmy niczego obraźliwego i nikt nas nawet nie próbował okraść. Bez problemu mogliśmy nocować w wozie przy przypadkowo odkrytych plażach, stołować się w różnego typu zakamarkowych knajpkach i podziwiać. Dlatego, gdy 10 lat potem pomyśleliśmy o zainwestowaniu za granicą, nasz wybór od razu padł na Portugalię. Tym razem jednak wszystko zaplanowaliśmy co do ostatniego szczegółu. Na przystań dla naszej łodzi wybraliśmy spokojną Marinę de Albufeira. Marina znajduje się 40 km od lotniska w Faro oraz niemalże na zakończeniu autostrady z Lisbony do Algarve. Przejazd jest płatny, ale gdy w grę wchodzi oszczędność czasu, to wybór nie za taniej mimo wszystko autostrady jest całkowicie uzasadniony.    Gdy 10 lat temu odkrywaliśmy Portugalię o miasteczku Albufeira nikt nic nie słyszał. Byliśmy zdumieni widząc jak teraz wygląda to miasto i Marina. Tam, gdzie 10 lat temu znaleźliśmy wyrzucony przez ocean wrak statku znajduje się obecnie najbezpieczniejsza i najbardziej chroniona przystań w kraju. Marina bowiem kilka lat temu otworzyła swoje wody dla właścicieli łodzi i stała się częścią wysokiej jakości kompleksu turystycznego. Kompleks obejmuje hotele, restauracje, bary, kluby żeglarskie i nurkowe, Bungee Point, sklepy, baseny, apartamenty, wille oraz centrum rekreacji i wypoczynku. Najbardziej wyrafinowane usługi wsparcia są dostępne dla wszystkich żeglarzy i ich łodzi, a także dla nurków oraz zwykłych turystów pragnących popływać jachtem lub łodzią motorowodną. Obsługa Mariny jest nie tylko przyjazna, ale i wysoce profesjonalna. Od 2009 roku zgodnie z normą ISO 14001 Marina posiada certyfikowane systemy zarządzania środowiskiem. W roku 2013 Marina została po raz kolejny wyróżniona Europejską Błękitną Flagą oraz nagrodą 5 Złotych Kotwic w The Yacht Harbour Association i British Marine Federation.   Zachęcamy do odwiedzenia Mariny oraz innych pięknych i zróżnicowanych miejsc w Portugalii. Tutaj pogoda jest przez cały rok zarówno dla ludzi ceniących spokój, ale także dla lubiących szaleństwa. Strip tętniący nocnym życiem, szczególnie aktywny w sezonie przypomina nieco skrzyżowanie Bangla Road w Tajlandii z tawernami tak chętnie odwiedzanymi przez strudzonych marynarzy ;)) W Albufeira odbywa się również wiele imprez, w tym największa w Portugalii impreza Sylwestrowa. Co roku na Stare Miasto przybywa 800.000 ludzi by przy darmowym koncercie na plaży wspólnie powitać kolejny Nowy Rok.   Miasto aktywnie dba nie tylko o turystów, ale również o przyrodę i o zwierzęta. Nikt tutaj nie zamęcza na śmierć na przykład kotów, a wręcz przeciwnie, miasto objęło je ochroną i opieką jako zwierzęta pomagające ludziom w walce z szkodnikami.     Miasto oferuje także rozrywki dla dzieci, takie jak bardzo rozbudowany park linowy, Zoo, Aqua Park, GoKarty i wiele innych. A dla tych, co lubią pobuszować po sklepach naprawdę dobrze zaopatrzoną w światowe marki producentów odzieży Galerię Handlową z kinem oraz setki malutkich sklepików z dodatkami i różnego typu lokalnymi ciekawostkami. Na uwagę zasługuje oczywiście Porto, które tylko przywiezione z Portugalii w Polsce smakuje najlepiej.   W sąsiedztwie Marina de Albufeira znajduje się zamek w Silves oraz również piękna Marina de Villamoura, jednakże ceny są w tym miasteczku znacznie wyższe niż w Albufeirze. Nie mniej, warto tę Marinę również odwiedzić.      

Nasi Partnerzy